RSS
 

Jest fantastycznie, bardzo wręcz…

05 maj

Nie mogę się wciąż odnaleźć w moim blogu… Dawniej wiedziałem, że piszę dla treści… A teraz? Cały layout, czy jak to się tam pisze, sprawia że jestem absolutnie zagubiony. Ja wiem, że mogę tutaj dodać wszystko. I zdjęcia, i filmiki, i osoby? Ale czuję się jak bym był w gęstym lesie… A na naukę nie mam czasu. Ale może zacznę…
Spadam do lasu… Dziś ostatni dzień w jaskini, a jutro spacer po Moim Krakowie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Do roboty…

03 maj

Trzeba pomyśleć o systematyczności… Mam chwilkę przed pracą, więc słów kilka skreślę… Mały maraton od dziś. Wolny dzień dopiero 8 maja… Ale co za praca… 39 wiosen już liczę, a dopiero teraz pracuję w takim miejscu, że nie mogę się doczekać kiedy pójdę do pracy… Na razie… Zobaczymy co będzie w czerwcu, albo lipcu…
Pora spadać… Będę tutaj zaglądał…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Renesans

28 kwi

Chyba pora na renesans? Właśnie zobaczyłem, że mogę działać na moim blogu znów… A dzieje się wiele…
Więc, kilka dni po moich 39 urodzinach witam ponownie na moim blogu… Będę starał się pisać… A dużo w koło mnie się dzieje…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Filmy i festiwale…

24 maj

Piękna pogoda za oknem. Już w blokach startowych jestem… O 20 zaczyna się V Festiwal Muzyki Filmowej… Dziś „Pachnidło” symultanicznie… Z muzyką na żywo… Wrażenia jutro…

Wczoraj po pracy nie byłem w stanie pójść na spinning. Kaszel mnie zameczy… Pojechałem do Iwonki. Była siostra z Piotrem i Kasia. Posiedzieliśmy, pogadali… Pobiegałem z chłopakami… Niesamowite jest posiadanie ogrodu kolo domu… Zieleń… Ciepło… Spokój… Posiedziałem chwilkę. Tomek dojechał. O zdrowiu pogadałem i w końcu do domku…

Bardzo telewizyjnie było… Najpierw „Obcy 3”… Ale fragmenty. Szykowałem się na „Imperium Kontratakuje”… Była kąpiel. Było winko i piwo niestety… Przed seansem stoczyłem, wraz z tata walkę z szerszeniem… Ależ bydle wielkie było… Gigantyczne… Balem się, nie ukrywam… Potraktowałem go odświeżaczem powietrza… Gdy ogłupiały padł na ziemi, zmiażdżyłem go zraszaczem do kwiatów… I wszystko byłoby ok. gdybym nie wylał wina na fotele… Zobaczę dziś, przy dziennym świetle, czy kolorów nabrały… Film do końca oglądnąłem… Jak zwykle zrobił na mnie wielkie wrażenie… Choć jest tak amerykański, że bardziej nie można… Ale to jeden z tych filmów, które mogę traktować jak baśń dzieciństwa…

Kaszel męczył mnie przez cala noc. Nad ranem sny… Koszmarne… Śnił mi się mój rowerek. W moim zaprzyjaźnionym serwisie… Okazało się, że panowie są z mafii i strasznie chcą mnie naciąć… A najbardziej pamiętam popsuta tylna oponę… Zobaczymy jak to zniosę…

Na koniec dnia jeszcze mnie szef delikatnie zdenerwował… Coś o jakiejś operacji gada i nie wie, czy mojego urlopu nie przesunąć… Chyba śni… Zobaczymy po weekendzie… Teraz wychodzę na Festiwal…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kolejny tydzień za mną… Apostazja, pijaństwo, rower…

23 maj

Środa. Środa jest chyba moim blogowym dniem. Bezwiednie w środy publikują mi się zaległe notki. Nic na to nie mogę poradzić. Chciałem to zmienić, ale nie wyszło… Pod gwiazdkami jest to, co napisałem wczoraj. Nie mniej nie miałem dostępu do kompa i nie mogłem tego opublikować. Za to dziś poprawiłem błędy, w miarę możliwości. I zaraz notka pokaże się wszystkim…

Coś mnie bierze. Wczoraj cala noc kaszlałem. A kataru nie mam. Boli mnie już gardło. Może za dużo treningów. Wczoraj po pracy, jeszcze przed spinningiem pojechałem nad Wisłę. Zaległem na trawie, pod topolami. Błękitne niebo, szum wody i liści… Wiosna… Taka prawdziwa, piękna wiosna… Robale też były i mnie gryzły. A co! Pojechałem na spinning. Phps dołączył. Wyjątkowo pozytywnie i energicznie mi się jechało! Chyba w związku z tym dziś mi się nie uda pojechać… Ale było naprawdę wysoce efektywnie!

Pojechałem do domku. Chciałem jeszcze rzucić okiem na zachodzące Słonko i Księżyc i bliska Wenus, ale mi się nie udało… Kaszel się tylko zaczął i nasilał… W domu brydżowo. I spokojnie… Troszkę telewizji… I spanie…

I jestem w teraźniejszości… Nie czuje się dobrze. Z Kasią rano poszalałem… I siedzę… Dziś kolejny dzień własnej inwencji…

***

Piękna pogoda za oknem. W pracy czas leci. Nazbierało się troszkę pisania. Postaram się nadrobić. Karteczka niezapominajka cala zapisana. A ostatni okres był gorący, oj bardzo… Prawie cały tydzień, bo ostatnio pisałem w środę. A jak dziś jest wtorek, to tydzień prawie minął… Wiec pewnie znów jakiś elaborat tutaj powstanie. Zobaczymy jak pójdzie. Postaram się załatwić to szybko i bezboleśnie. Znów na sucho. Ale może radośniej? Bo jakieś zarzuty dostaje, że melancholijnie, że smutno, że płaczliwie… No może… Ale zobaczymy! W końcu wcale tak nie jest…

Było sportowo. W środę spinning. Ale tylko godzinka. Potem sobie do Sławka pojechałem. Posłuchać, popatrzeć… Ale nie było zbyt dużo chętnych do dzielenia się wiedza. Wypiłem wiec herbatę, umówiłem spotkania i w drogę do domku.

Czwartek miało być mocno… I było… Był ostry interwal i endurance… Po dwóch godzinach miałem dość. Phps nie poszedł na basen. Wiec się zastanawiałem co zrobić. W końcu sam poszedłem do aqua. To była jakaś porażka… W saunie ludzie stali… Było zimno. Bez sensu. Dobrze, że chociaż troszkę popływałem… Dobrze to zmęczonym mięśniom zrobiło… Nie wracałem do domu. Jakoś u Phpsa przekimałem… I zaczął się weekend…

W piątek niespodziewana apostazja. Po pracy musiałem do Huty jechać. Dobrze, że mam rower. Mila dziewczynka. Ksiądz też nie robił szczególnych utrudnień i kłopotów… Choć mu smutno było. Co mnie nie dziwi zbytnio… Ale załatwiliśmy to jedna wizyta… Później rowerek i do domku. Kąpiel. Telewizor. Przyszedł Piotr. Noc muzeów. U Schindlera byłem. Fajnie, szybko. Bardzo szybko… A potem jeszcze pączek i piwko… No i spać poszedłem sporo po pierwszej w nocy dnia następnego. Ale o dziwo trzeźwy…

Sobotni poranek w domu. Az się zdziwiłem, jak to możliwe… Poszedłem na zakupy. Później pojechałem do przychodni. Kasi krew pobierali. Asystowałem w kaźni… Kasia była naprawdę wspaniała… Ale za jednym razem się nie udało. Krew gęsta jak olej silnikowy… Drugiego razu już nie wytrzymałem… Pojechałem na spinning.

Tym razem był wykład o tętnie, o teorii i zajęcia praktyczne… Wycisk jak nigdy… Chyba zbliżyłem się do tętna maksymalnego… Myślałem, że spadnę z roweru… Ale samopoczucie na maksa pozytywne! Dużo się nauczyłem. Teraz zupełnie inaczej podchodzę do treningów… Cieszę się, że tam byłem… Bardzo… Wsiadłem na rower. Szybciutko do domu. Kąpiel i na spotkanie… Spotkanie fajne. Winka dużo. Ludzie nowi. Znów poznałem artystów, lekarzy… Wieczór szybko minął… Byłem w domu przed północą. I to tylko lekko pijany, a nie bardzo pijany… Spać grzecznie poszedłem…

Niedziela Wniebowstąpienia Pańskiego. Wsiadłem na rower i pojechałem na Wawel. Posłuchałem „Zygmunta”… Ten Dzwon… On w sobie coś ma… To nie jest taki zwykły wiszący kawal metalu. „Zygmunt” ma w sobie moc, historie, miłość… Jest niesamowity… Dołączyła do mnie Marta. Poszliśmy potem na psi spacer po Plantach. Chyba pierwszy raz spacerowałem po tym ogrodzie od tak… Aby nacieszyć się zielenią, i pięknem wiosny. Bardzo miły spacer to był… Nawet nie wiem, kiedy wybiło południe… Wróciłem do mamusi na obiadek. I pojechałem do siostrzyczki. Znaczy siostra po mnie przyjechała… Powoli przychodzili goście, a ja ze śpiącą Kasią poszedłem sobie na spacer i posiedziałem na ławeczce… No niestety mój pijany sąsiad się dosiadł i musiałem uciekać, bo przecież nie dało się prowadzić konwersacji… A Kasia spała… Jak się w końcu obudziła, to poszliśmy do domku. No i się zaczęło… Najpierw powoli, jak żółw, ociężale… A jak się skończyło nie wiem… Nie pamiętam… Jak wróciłem do domku, kto mi dal na bilet, gdzie wysiadłem… Wiem, że wracałem o 22:20… Tak było na bilecie… No po prostu uciurlałem się masakrycznie! Nigdy więcej… A wesele się zbliża…

W poniedziałek nie poszedłem do pracy. Urlop na żądanie. Hipopotamy biegały mi po głowie, a za oknem taka piękna pogoda była, że grzechem byłoby siedzieć w pracy. Z mamusią i Kasią poszliśmy na spacer. Na huśtawki, na pizze i piwko. Kupiłem sobie krótkie spodenki… Wróciliśmy do domu i zaległem. Jeszcze regeneracyjna kąpiel i kolejny spacer. Tym razem do siostry. Też z mamusia. Zostawiłem je potem i pojechałem na trening. Fajnie było. Wyjątkowo… Zobaczymy jak będzie dziś… A po treningu na proszony obiadek do Huty pojechałem. Często coś bywam w tej dzielnicy ostatnio… Ale nie ma co żałować… Tam jest pięknie… Obiadek przepyszny… Paluchy lizać! Bardzo, bardzo miły wieczór… Powrót również… Rower o 22 w ciepły wieczór to jest to, co tygrysy lubią najbardziej… Jak wróciłem, to padłem jak nieżywy…

A dziś niestety praca. Poranek z Kasią. Na zegarze 17… Trzeba się zbierać… Niestety tekst jest świeży i niepoprawiony… Pewnie wieczorkiem wleci do sieci… Ale już jest napisany!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS